life, liberty and pursuit of happiness, kurwa. >> piątek, 6 lutego 2009 01:41:07
Ja już nie wiem, kurwa, co się dzieje, a jak ja nie wiem co się dzieje to znaczy, że źle się dzieje w państwie duńskim na przykład, acz niekoniecznie, bo w księstwie pszczyńskim również dziać się nienajlepiej może, podobnież jak w "naszej małej wiosce nad rzeką Rawą". Hup mój ukochany wyłazi mi już generalnie wszystkim czym wyłazić mi może, od niedzieli ciśnienie utrzymuje mi się zapewne na poziomie 170/100, chciałam dziś spuścić nieco z tonu to już nawet punkty krwiodastwa w chuja mnie muszą robić. Nie wiem generalnie ile jeszcze jestem w stanie fizycznie wytrzymać, bo choć psychicznie w jak najlepszej kondycji pozostaję, tak - co tu dużo mówić - od niedzieli łażę na rzęsach. Ja wiem, że sama to nakręcam, bo kawę plusszem zapijam, plussza, żeń-szeniem z witaminami, a żeńszeń kawą, a na to jeszcze petów ilość nadprogramowa. No ale, kurwa, nie ma sensu się oszukiwać, uwielbiam takie życie, na nudę narzekać nie mogę, bo ciągle gdzieś gnam, a że nie wyspana? Wyśpię się po śmierci.
W poniedziałek mam szansę skończyć wszystko, zależy to jednak od szczęscia, które mogę mieć, ale także mogę go nie mieć coś jak alternatywa rozłączna, co jak co ale na alternatywach to ja się znam. W chuuuj.
Oprócz zgłębiania tajemnic frapującego hupu miałam dziś jeszcze jedną radosną rozrywkę - odgrzebywałam mianowicie moją internetową przeszłość i - o kurwa - nie pomyślałabym, że tyle haków na mnie w tym mrocznym oceanie wszystkiego odnaleść można. Już nie mówię o mistycznych zdjęciach z koncertów panczurskich, przy których i łezka wzruszenia się w oku zakręciła i łez śmiechu strugi popłynęły wartko. Ale to lajcik bansik w porównaniu z moimi dwoma pierwszymi internetowymi pamiętnikami - dobrze, że nie znam tej dziewuchy, która to wypisywała, bo nie wykluczam, iż - wiedząc, że to ja w osobie własnej - mogłabym złamać swoje zasady i dać jej w mordę. I nie, nie jest to słodkie, ani rozczulające przeczytać po latach jakim się naiwnym dzieciaczkiem było. Też jedynym plusem jest to, żem nigdy bytem problematycznym wielce nie była, bo jakbym miała jeszcze czytać, że 'o kurwa, idę się zabić, bo pżystojny Grzesiu z 3a zachowuje się jakby wiedział' to prawdopodobnie groźbę tę spełniłabym po latach, a odpowiedzialnością za samobójstwo z żałości nad sobą samą popełnionym biedny Grzesiu byłby do śmierci obarczony.
A poza tym chciałam jeszcze wspomnieć nie bez wkurwu przepotężnego, że kurwa nienawidzę swoich postanowień i swojej słabej woli, o. I wkurwia mnie setnie to, że z tak mizernego ciała jakie kiedyś posiadałam udało mi się roztyć do tak monstrualnych rozmiarów i w dodatku dalej z tym nic, kurwa, nie robie!
Lepiej mi. :)
komentarze [0]
coby hup opóźnić >> poniedziałek, 2 lutego 2009 02:26:46
Godzina już późna i pracy nawał, co niezaprzeczalnym jest znakiem, iż czas nadszedł na nową porcję mojego radosnego pierdolenia trzy po trzy, którym to spokój wewnętrzny sobie zapewniam. I tak generalnie to wcale mnie nie wzięło (po raz kolejny) na przemyślenia głębokie jak rów mariański, tylko najzwyczajniej w świecie wyładować się muszę, a że taki a nie inny sposób wybrałam to już niestety wasz pech (bo nie mój raczej).
A teraz czas na najzupełniej subiektywny paszkwil na polskiego monopolistę pekapem zwanego, który winien reklamować się keczi hasłem: podróż to zawsze przygoda, gdyż takoż właśnie w istocie jest. Bo jednak jak oglądamy małego Henryczka Gołębiowskiego i jego familijnie przechlaną już w wieku lat dwunastu mordę, to wszystkim nam marzy się taka pełna niespodzianek, podróż w nieznane, życie na łasce tłustego tirowca w przepoconym podkoszulku, oraz nocowanie pod mostami, czy też na innych dworcach, gdzie znajomości i wspaniałe przyjaźnie na całe życie zawrzeć można (o ile, rzecz jasna nie zasztyletuje nas nożownik zrobiony na Jockera). Wracając jednak do meritum: szalona nasza przygoda rozpoczyna się już w momencie wsiadania. Tabun kobiet w wieku dojrzałym, które gdybyś tylko poznał je w ciut innych okolicznościach, wydałyby ci się sympatycznymi, schorowanymi starowinkami, rzuca się do drzwi jak futboliści na piłkę. Jako, żem osobą nadzwyczaj wychowaną przepuszczam panie te przodem i kulturalnie czekam na swoją kolejkę. Kiedy dworzec opustoszeje i decyduję się na podjęcie próby znalezienia się wewnątrz wagonu. I, kurwa na prawdę nie wiem jak to działa, choćby na dworcu na prawdę nie było żywego ducha, zawsze znajdzie się osoba (chyba z nikąd, bo kurwa jak?!), która wsiada za mną. Nie byłoby w tym zapewne nic zdrożnego, gdyby nie fakt, że persona ta obawiając się zapewne, że nie zdąży opiera się na plecach mych wątłych swym ciałem (przeważnie - nie oszukujmy się - tłustym jak niewytopiony boczek) w sposób tak intensywny, że doprawdy jeden niuton nacisku więcej i niewykluczone, że znalazłaby się na mojej głowie. Kiedy osobie tej uda się mnie wyprzedzić w tym korytarzyku o szerokości 40 centymetrów maksymalnie, mogę już ze spokojem przystąpić do obrania właściwego dla mych potrzeb przedziału. Zawsze wybieram dla palących. Ileż można czytać, grać na komórce, wysyłać esemesy, robić świnię origami, tworzyć mozaiki, rzeźbić w lodzie, pisać powieść czy robić cokolwiek innego?! Mało. I właśnie w chwili, gdy krańcowe znużenie i otępienie, nuda niewyobrażalna, totalna i spektakularna mnie dopada, co robię? Odpalam peta, zaciągam się, długo smakuję pierwszego macha i dym wypuszczam. Pomaga. Na prawdę, kurwa, pomaga, dlatego właśnie ustawicznie wybieram pierdolony przedział dla PALĄCYCH, żeby sobie zaPALIĆ, bo tak, wiem, że to niezdrowe, ale chuj mnie to obchodzi - palę. Więc wsiadam do tego przedziału, żeby palić, a nie, żeby palić na korytarzu. Łapię przedział, uszczęśliwiona siadam przy popielniczce i co się dzieje?! Bingo, moi drodzy - wsiada sharowana, acz radosna i szczęśliwia Mateczka Polka z dzieciaczkiem rozkosznym jak miś koala. I krew mnie, kurwa, zalewa, bo o ile nie mam najmniejszych oporów zapalić peta, przy jakiejś starej ciotce, czy innym Azjacie, tak przy dziecku paliła nie będę, bo nie! Gdy już uda mi się ochłonąć po kolejnym radosnym wkurwie (tzn, po wypaleniu 3 petów na korytarzu), przystępuję pospiesznie do cieszenia się podróżą. Książeczczynę sobie otwieram i miło mi się siedzi, tym bardziej jak grzeją, co też stanowi osobny problem, ale już chuj - nie czepiajmy się. I nagle...? Szelest dziwny słyszę. I następny. I ciamkanie. I już wiem i nawet wzroku podnosić nie muszę. Nie wiem jak to, kurwa, działa, że każdy, doprawdy każdy musi opierdolić coś drobnego już w piętnaście minut od startu pociągu. Mimo wszystko zbieram się w sobie i uspokoić się postanawiam. A może kobiecina nie zdążyła zjeść rano, a jedzie daleko? A może pan ma przed sobą dwunastogodzinną podróż? Łatwo wszak tak ocenić kogoś z zewnątrz niesprawiedliwie. Uśmiecham się do współpasażerów, bo czemu nie, prawda? Aż tu nagle, pięć minut później pociąg hamuje. I, kurwa, cała ekipa wpierdalająca oczywiście wysiada, bo jakby inaczej. I zostaję, ze staruszką, która napierdala do mnie o tym, że już szynki nie ma takiej jak dawniej, ale że smaczna jest całkiem kiedy gotuje się ją przez tyle minut ile waży, ble, ble, ble, oraz mateczką z bachorkiem, które skutecznie uniemożliwiają mi przepędzenie przyjemnej staruszki zasłoną dymną. Na stacji docelowej jestem kompletnie wycieńczona.
O żesz kurwa, jak ja uwielbiam podróżować pociągami! :)
komentarze [0]
Bam bam bi ram! >> sobota, 10 stycznia 2009 22:25:56
Bo dla mnie doba i 36 i 54 godziny posiadać by mogła i choć bardzo chcę to nie potrafię ni chuja zrozumieć tego jakże znaczącego procenta populacji, który na nudę bezustannie narzeka, nie potrafię zrozumieć takoż siebie samej i wkurwiam się silnie, bo nie wiedzieć czemu kolejną godzinę gniję przed tym narzędziem szatana jakim komputer jest niechybnie. No bo co mam zrobić, wszak z Pudlem muszę być na bierząco, gdyż znajomość bierzących plotek z wielkiego świata bezapelacyjnie stanowi duży procent mojego stajla i powodzenie towarzyskie zapewnia mi wielkie. Nadto niechęć moja wrodzona do pracy godziwej o sobie daje tutaj znać w sposób znaczący i pokonanie mojego lenistwa niemożliwym znajduję, a w wymyślaniu setki niezwykle ważnych i absolutnie nie do przełożenia zajęć, które godzinę zabrania się za naukę przedmiotu jakże frapującego jakim Historia Prawa niewątpliwie jest, mistrzynią się stałam. Bo jakże tu zasiąć do przyswajania wiedzy bez herbatki, czy petka, bez radosnego kubeczka z haj skul mjuzikal, którego dumną posiadaczką się stałam dzięki sieci kin multipleks. Nie da się, jasnym jest to chyba dla każdego.
To śmieszne - wszystko odwróciło się o sto osiemdziesiąt stopni, tak wiele rzeczy, które planowałam, bądź jako rzeczy do wykonania miałam zakodowane w świadomości od dawna teraz moim udziałem się stały, a na tym małym kąsku globalnego szaleństwa, który wszak zawsze znaczył dla mnie wiele ni wzmianki o nich nie uświadczysz. Ale ponieważ sam finks newer czejns dalej łażę bez celu konkretnego, bez ładu i składu, dalej zanieczyszczam towar luksusowy jakim niewątpliwie jest czyste powietrze na śląsku dymem papierosów pall mall, dalej w wolnych chwilach chleję bez umiaru, co wielce mnie wkurwia, gdyż pewne rzeczy postanawiam od dawna. Jednym z takich postanowień jest zdecydowanie chęć powrotu do minimalnego rozmiaru mojego ciała, bom się w ostatnim czasie roztyła do rozmiarów walenia w wieku produkcyjnym, wiem dobrze jakie rozmiary posiada, wszak kiedyś postanowiłam sobie, że będę się interesowała wielorybami. Co do zainteresowania światem fauny, przyznać się muszę bez bicia, iż pojawił się nowy element podrzucający mi co ciekawsze informacje z programów z udziałem wokalnym Krystyny Czubówny. Bez przesadzonego pierdolenia nie na temat okraszonego rzecz jasna ogromną dozą taniego sentymentalizmu, licznych ochów i achów nad Tego Jedynego I Na Zawsze zaletami, przyznać muszę, iż w istocie jest tam sobie pewien chłopiec, w tej chwili jakieś 300 kilometrów ode mnie się znajdujący, który pomieszkuje u mnie od czasu do czasu. A oprócz tego, że se pomieszkuje, bałagani, ustawicznie się ze mną kłóci i nie zgadza, podnosi na mnie rękę, a tak poza tym go kocham trochę, acz mało. Ale, by pozostał nadal człowiekiem na warunki miasta mojego małego, gdzie wszyscy się znają, tajemniczym przybyszem, który chodzi z tą taką, która się zawsze bujała z tym blondynem, nie napiszę na ten temat nic więcej, o.
Kurważesz, nie dam rady już bardziej przedłużać migania się od obowiązków, przynajmniej nie na tym oknie, co nie znaczy, że coś pilnego do zrobienia nie znajdzie się w domu.
KREJZI EDIT LEJTA ALIGEJTA:
Piosenka I just called to say I love you do końca życia będzie mi się kojarzyć z Turcją. Podobnie jak kilka kolędopodobnych światowych hitów.
komentarze [1]
>> poniedziałek, 3 listopada 2008 13:34:23
Teraz Preczetem polecę po uczuciach najniższych:
JAK SIĘ NAZYWA, KIEDY CZUJESZ SIĘ DOBRZE, JESTEŚ ZADOWOLONY I CHCIAŁBYŚ, ŻEBY TAK JUŻ ZOSTAŁO?
- Ja bym to chyba nazwał szczęściem. (...)
- Szczęście.
Mort.
Fakt ma miejsce niezwykły - nawet ja nie znajduję niczego na co mogłabym narzekać, mimo iż pernamentnie nienawidzę życia, świata czasem takoż, że codziennie umieram na sto miliardów różnych chorób, oraz że od miesiąca jem parówki. Z oszczędności rzecz jasna. I, że zapierdalam tysiąc czista razy dziennie na 4 piętro, 90 stopni i już mam, kurwa, alpinisty łydki. Ani nawet to, że teoretycznie powinnam się uczyć, a wf ustawiłam sprytnie na wtorek, 8 rano, gdzie chuj mnie strzela tydzień w tydzień od 7 i walkę muszę podejmować wewnętrzną, żeby się zwlec i iść walczyć o dobrą formę. Generalnie odzwyczaiłam się od pisania co widać, słychać i czuć, bo w zasadzie ni jednego zdania tu nie skleciłam poprawnie, ale to już trudno, jak kocham to nie myśle. ;)
komentarze [1]
>> wtorek, 22 lipica 2008 22:49:07
Nie mam, kurwa, siły.
komentarze [1]
A little help from my friends >> czwartek, 12 czerwca 2008 00:15:42
Notki z cyklu "nie mam weny, ale muszę coś napisać" nie są co prawda w moim stylu, ale cóż poradzę na to, iż tak się sytuacja miewa ostatnio? Mam dobę za krótką o godzin czternaście co najmniej, bom kobieta pracująca i pracy żadnej się nie boję, a po szesnastej czas na rozrywki własne.
I cóż na to poradzę, że po raz pierwszy nie myślę i nie mówię wciąż o życiu, ale po prostu je przeżywam, że nie wyszukuję fraz natchnionych odnośnie tego co piękne i ważne ni tego co nam otwiera oczy lub horyzonty poszerza, ale doświadczam tego na skórze własnej. Jest godzina 0:04, od dwóch tygodni nie mam kiedy się wyspać i nadal zmęczenia psychicznie nie odczuwam choć organizm już sam się wyłącza, powieki ciężarem się stają niemożliwym i każdy narząd wewnętrzny jak również zewnętrzny wyłączyć się pragnie i diod czerwonych alarmująco serię w litery HELP! układa, by znak mi dać, że ma dość. Jestem pewna, że nigdy nie zacznę się rozsypywać, lecz, że po prostu kiedyś padnę ryjem na asfalt, który wszak tak uwielbiam. Padnę i już tak zostanę i kobiet setka obcasami swymi weń mnie wdepnie i w jedności z tym szybkim, nerwowym, pełnym pośpiechu życiem zostanę i trwać będę na wieki wieków.
Holandia była w perspektywie bliższej lub dalszej, zależy jak patrzeć, ale zbyt wielki tchórz ze mnie, czy tchórzofretka nawet może, wbrew deklaracjom wszelakim. Sentymentalizm potężny górę wziął takoż, choć ciężko zapewne uwierzyć jest w fakt ów. I jeszcze te placki ziemniaczane, o kurwa mogłabym na lajcie je uznać symbolem tegoż czasu dzikiego, na pełnej prędkości i ciągle w niedoczasie i leń mój prywatny co noszę go w sobie niczym światło, też drze się już po mnie ustawicznie, bo ni na chwilę nie daję mu góry nad sobą wziąć.
Uwielbiam takie życie. Zawsze o takim marzyłam ale zbyt mi się nie chciało.
I get by with a little help from my friends
I get high with a little help from my friends
Gonna try with a little help from my friends
Do you need anybody
I need somebody to love
Could it be anybody
I want somebody to love
I get by with a little help from my friends
Yes, I get by with a little help from my friends
With a little help from my friends
komentarze [1]
buczu buczu buczu >> czwartek, 8 maja 2008 20:31:06
Strasznie mam ciężkie życie w czasach ostatnich, żółtam jak chińczyk, chuj wie czemu w zasadzie. Czy to od siedzenia w domu wciąż i wciąż, czy też może od beta karotenu, dość powiedzieć, iż wyglądam jakobym miała żółtaczkę. Szczęściem w nieszczęściu kolor ów zawsze ulubionym moim był, zatem jakoś sobie radzę i nawet ciuchy maskujące odpowiednio posiadam.
W przyszłym tygodniu o tej porze będę pewnie jedną ze szczęśliwszych osób w okolicy mej. Inna sprawa, iż mogę się wówczas nie znajdować w mojej familiar aria, jakkolwiek sens takiż sam pozostaje. Chyba. Pojebany mam tydzień jakiś nawet jak na moje możliwości: najpierw pyszna zabawa z zespołem niespokojnych rąk i problem z wpisaniem peselu w odpowiednie kwadraciki, potem trzy dni z rzędu studiowania obrazeczków, zwanych naukowo źródłami ikonograficznymi, a teraz dwa dni robienia albumu. Album ten stanowi z resztą jedyną odskocznie ostatnio, gdzie przepompować mogę wszystkie moje pojebane wizje, oraz szalenie (w mojej opinii) śmieszne żarty rysunkowe, które zawsze chciałam stworzyć, ale nie miałam gdzie.
Powyższy tekstu fragment w jakimś tam (zapewniam, że raczej niewielkim) stopniu prezentuje stan mój obecny, jak również nastrój. Odważę się zaryzykować stwierdzenie, iż gdyby terminy innymi były - owszem - mogłoby dojść w moim przypadku do przysłowiowego chodzenia po ścianach. I obgryzania kory. Z drzew, rzecz jasna. I w ogóle to sraty taty gacie w kraty, nie mam ostatnio przesadnie nastroju, żeby spisywać cokolwiek, wyładowuję się twórczo tym albumem ostatnimi czasy, a to jest niezły boom. Czy tam nawet boom box.
komentarze [0]
I did it my way! >> sobota, 26 kwietnia 2008 12:20:10
Nikt mi nie będzie mówił co mam robić, wiecie o tym doskonale, wiecie przecież, że jak słyszę "nie rób" to zaraz robie, żeby empirycznie zbadać dlaczego nie. I chyba na prawdę nie lubi mnie świat specjalnie, chyba na prawdę chcecie mnie wpędzić do grobu swoimi śmiesznymi, wyrwanymi z kontekstu uwagami. Kontekst jest szeroki, tak szeroki, że ja nawet jako główna zainteresowana nie znam go całościowo. I takie pierdu-pierdu, które sprawia, żem czerwona z irytacji, że gdybym była postacią z kreskówki, to niechybnie ustawiliby mnie na lodzie i pokazali, że się topi, bom taka z tego wkurwu rozgrzana. I did it my way, kurwamać, a gdzie mnie ta moja way doprowadzi to już tylko i wyłącznie moja sprawa.
Gdybym była choć odrobinę sentymentalna, to zaczęłabym się rozpisywać o rozdziałach zamkniętych, o rozstajach dróg wszelakich i losie, który "drwiąc się śmiał", tudzież ewentualnie o włosach liczonych jako lata. Pech chciał, że sentymentu zbyt dużą ilością mnie Mamcia Natura nie obdarzyła i słodkie małe kociaki, tudzież dzieciaczki w kaftanikach różowych nie robią na mnie wrażenia, dlatego właśnie rzec pragnę jeno, iż przekurewnie mnie taki stan rzeczy cieszy. Sama sobie sterem, okrętem, żeglarzem, jak również reżyserem (serką? kajzerką?), scenarzystą i postacią pierwszoplanową, niczym Orson Welles czasami, a czasami także Ed Wood.
Zaczepił nas wczoraj Jastrząb. W sensie znaku.
komentarze [0]
Hai. >> poniedziałek, 14 kwietnia 2008 13:58:58
Sama sobie nawarzyłam tego piwa, więc jednym haustem wypić je teraz muszę. Wszystko jest nie tak jak zawsze, ale ja też nie jestem taka jak zawsze i nie przeszkadza mi to, cieszę się z tego i chcę wchodzić coraz głębiej. Prawdopodobnie gdzieś w głębi mojego chorego mózgu coś podpowiada mi, że to może niekoniecznie jest dla mnie najlepsze, ale ja przyzwyczaiłam się do krytyki. Moje zachowanie bywało obiektem krytyki wielu, więc co tam jeden mały, nie dość głośny głos w mojej głowie. Nie powiedziałabym, że żyję wbrew sobie, bo przecież dokładnie tego właśnie chciałam. Teraz jestem bliżej niż kiedykolwiek i z jakiegoś powodu się boję. Mam tego dosyć. Mam dosyć świata i ludzi i życia. I siebie w jakimś sensie, bo tak źle siebie traktuję, bo się zabijam codziennie na nowo.
Nudzi mnie już to wszystko. Na prawdę chciałabym to wszystko olać, w zasadzie większość spraw świata już olałam, te wszystkie hardkorowe opowieści, dzikie plotki, szalone imprezy i dekadenckie pozy młodzieży szeroko pojętej. 4 osoby i moje marzenia i, kurwa, choć na taki minimalizm postawiłam, to jeszcze 1/4 mi została odebrana i tak. Bo na chuj mi to. Ale to ja jestem panią sytuacji, bo to ode mnie zależy jak świat będzie wyglądał, przecież ja mogę wszystko. Cała reszta jest tylko bandą zależnych ode mnie nieboraków, o których losie mogę zadecydować w każdym momencie, a to dlatego, że siła ludzkiego mózgu jest nieograniczona, więc mogę rzeźbić i ustawiać swój świat wedle własnych upodobań, rzeźbić w lodzie i szkle, lub w marmurze - tak jak w danym momencie mam ochotę. Mogę sobie wmówić, że tak na prawdę nigdy nie było pewnych aspektów i mogę zupełnie spokojnie w to uwierzyć, a ostatnie dwa lata kwitować zażenowanym chrząknięciem. Żenada życia. :)
Marzę o tym, żeby się przespać, żeby raz zasnąć na godzin 12 bez żadnych problemów, bez bóli wszelakich, których doświadczam ostatnio ustawicznie, zasnąć i nie czuć swojego ciała, oderwać się od swojego mózgu i polecieć nie wiadomo jak i gdzie. Nie mogę dłużej żyć bez snu. I wakacji chcę.
EDIT:
Chciałam tylko dodać, iż moje uwielbienie dla umierania na oczach milionów, względnie świata osiągnęło dziś kulminację swą. Jak również dodać pragnę, iż przeczytałam właśnie notkę powyższą po raz wtóry i ubolewam nad jej niskim poziomem stylistycznym, językowym, składniowym, a nade wszystko merytorycznym. Ale tak już mam jak w stanie lunatycznym niemalże już trzecią dobę trwać jestem zmuszona. I jeszcze rzec chciałam, iż chrom nie spełnił dziś zadania swego w związku z czym od jutra znów będę się dżogingować, co niechybnie doprowadzi mnie lada dzień do rozrostu mięśni nadmiernego, joł.
komentarze [1]
Speak to me friends >> sobota, 5 kwietnia 2008 21:34:30
Nigdym nie przypuszczała, iż mogę się stać osobą równie znudzoną, ale i zimną, ale i egocentryczną jaką się stałam w czasie ostatnim. I to na prawdę jest tak, że w zasadzie nic mnie nie interesuje, wyłączając osobę moją i geniusz mój takoż i świata tego historię i kraju. Dziwnym stan ten widzę, bo przecież kurwica mnie nieraz chwytała jakem zmuszoną była do samotnej egzystencji, a teraz w towarzystwie swojej osoby jeno czuję się wcale nieźle. Do niczego w zasadzie uwagi nie przywiązuję, żyję z dnia na dzień, pogoda za oknem się zmienia, miejsca i ludzie, a ja tylko myślę o jakichś egzotycznych dziwactwach i najzupełniej mechanicznie opanowuję kolejny miliard dat, oglądam kolejny idiotyczny film, książkę czytam kolejną. I sałndtrak ze Sweeney Todd'a jedyną moją rozrywką jest. Choć, zapewne z powodu częstego go odtwarzania, nie jest on już niczym nadzwyczajnym, rzekłabym, że tłem się stał, o.
Z rąk mi wszystko leci, o żesz kurwa ja pierdole, właśnie poleciało pudło z milionem bibelotów, ustawicznie napięte nerwy i rąk gałązki suche latające niczym liść palmowy, którym półnaga zdzira wachluje swojego pana w jakimś wschodnim haremie. Rzekłabym, iż lada dzień się skończę, gdyby nie zaskakujący fakt, że mi dobrze w tym wszystkim, że nie przeszkadza mi nic absolutnie, że czerpię satysfakcję z faktu, że coś robię. Jeszcze rok temu byłoby to nie do pomyślenia. Dlatego po raz kolejny przewinie się pytanie, czy to ja jeszcze, czy już nie.
Nie mam dziś serca do pisania, zupełnie, zmęczonam koszmarnie, a jak w półśnie trwam to mój geniusz na tym traci, co widać, aż nadto wyraźnie w tekście powyższym, którego nie chce mi się nawet czytać celem poprawienia błędów.
komentarze [1]
Sitting in the window >> poniedziałek, 10 marca 2008 22:19:45
Jakże ciężko sprecyzować o chuj chodzi dokładnie, nawet niekoniecznie mnie, bo tego też nie jestem pewna, czy to ja jeszcze, czy tylko ciało moje lub brak jego, bo tylko szarość tych ócz, z elementem żółtego przedziwnym poznaję i więcej nic. Wsłuchuję się ciągle i znów w te same piosenki i szereg retrospekcji przed oczami i nie wiem już czy to tylko powtórka jest scenariusza, czy już powielanie jego celem rozbicia na milion rzeczywistości nieprzystających do czegokolwiek. Znajduję siebie samą w sytuacjach i miejscach, do których nie pasuję, w których mnie być nie powinno, stąd znowu refleksja i pytanie się nasuwa: czy to ja jeszcze? I chyba nie chcę sobie na nie odpowiadać, bo dobrze mi tak, niewiele się mieści, w zasadzie poza mną nic, to piękne, toksycznego kadzidełka wytworem dym jest w modnym odcieniu fioletu i paski żółte. Ćwiczę samą siebie, idealna pod każdym względem w życiu przeszłym i przyszłym i w każdym innym wypadku multiwersum, ale nie tu i nie teraz, perfekcja nie współgra z teraźniejszością, bo zawsze jest i będzie niedościgniona. Ale już jutro, za godzinę, za minutę, za sto lat. Metoda marchewki na kiju zastosowanie znakomite tu znajdzie, na razie po niewłaściwej stronie, przez etap marchewki do stanu kija, aż po nitkę suchą niekoniecznie. Walecznie. Statecznie. Niebezpiecznie?
W tym stanie żyć można, trzeba i powinno się, bo wtedy nic niemożliwym mi się nie jawi, odpowiedź na wszystko jest w zasięgu ręki, ewentualnie nogi, a umysł mój po stokroć piękniejszy jest nawet niż Russela Crowe. I jedno mam tylko egoistyczne bardzo marzenie - cieniem być cienia, od jutra, od wczoraj i zawsze, codziennie i niezmiennie.
Jak ja czegoś nie rozumiem (co nazbyt często miejsca nie miewa z racji posiadania umysłu wielce analitycznego i lotnego na kształt paralotni) to zostawiam i nie ruszam i odchodzę. Mogę owszem dać upust swojej irytacji, jeżeli coś zafrapuje mnie na tyle, by jakiekolwiek uczucie we mnie wzbudzić, ale zmieniać nie próbuję. Nie bynajmniej dlatego, żem taka otwarta i pełna zrozumienia dla rzeczy wszelakich, lecz dlatego, że świata zmieniać już nie chcę, bo nie mam na to siły, a nade wszystko dlatego, że nudne to jak ręczne przepisywanie "Władcy Pierścieni". I z ludźmi analogicznie się sprawa ma, bo wolę sobie pomyśleć nad wszystkimi interesującymi tematami, nad którymi myśleć mam ochotę, a których fascynującej głębi nikt inny nie dostrzega. Więc niech świat się ode mnie odpierdoli takoż, niech sobie znajdzie jakieś hobby - może na przykład coś poczyta, na pewno mu nie zaszkodzi, a szansa jest, że jak wełny kłębek rozwinie choć nikła - spierdalać na drzewo, bo ja to ja i "państwo to ja", a każdy ma prawo stanowić o sobie i choć "choć Paryż wart jest mszy" to "cuius regio eius religio".
komentarze [0]
chocolate'n'tangerine >> czwartek, 28 lutego 2008 20:55:15
Źle się z tym czuję wszystkim jak rzadko i dalej nic kurwa nie robię, nie potrafię, zbyt słabą mam wolę, czy chuj wie co jest przyczyną dość powiedzieć, iż coraz bardziej się na siebie wkurzam, bo swoich własnych założeń nie realizuję i codziennie od nowa i znowu nic. Też tak sobie myślałam, że może to z celów nadmiaru, że jak mam ich kilka na horyzoncie to nie mogę się skupić na wszystkich i podświadomie jednemu priorytet nadaję zaniedbując tym samym inne wszelakie, w tym jeden ten jedyny, który wszak ma tak ogromne znaczenie dla mojego samopoczucia. Ale głowa moja spokojna, bowiem odbiję to sobie już niedługo i krucha konstrukcja znów i po stokroć bardziej niż kiedykolwiek i na prawdę, że tym razem wystarczy jeden jedyny wiatru, tego jakże przyjemnego suchego i ciepłego, wiosną pachnącego wiatru podmuch, aby mnie porwać w przestworza, aby usadzić na księżyca rogalu z panem Twardowskim. Bym mogła oglądać wasze małe (z mojej perspektywy) dupy, sprawy i problemy, bym mogła się śmiać jak mały książę śmiechem miliona dzwoneczków, a jak mi się znudzi odpłynąć w siną kosmosu dal, na tonie żelastwa, którą sami w tejże atmosferze umieściliśmy.
Lubię porę roku obecnie panującą, nie bynajmniej ze względu na owo podniosłe (zdaniem wszystkich banalnych ludzi) uczucie, które rodzi się w klatce piersiowej i popycha nas do czynów wielce radykalnych, bo wydaje nam się, że "fajnie byłoby się zakochać", że motylki w brzuchu i chuj jeden raczy wiedzieć co jeszcze. Nie. Uwielbiam ją ze względu na wspomniany już wcześniej wiatr, na jego zapach. Ze względu na spacery i siedzenie w parku i smak ten niepowtarzalny petów palonych wczesną wiosną i szampana, który jak żaden inny trunek do owego parku się nadaje. Bo ja w zasadzie wcale, aż tyle od życia nie chcę - ot własny, autonomiczny kąszczek podłogi i dużo książek i dużo ludzi. No i petów, żeby tak w nudzie nie trwać w tych krótkich chwilach gdy zostaję sama i po to, bym miała na co narzekać i czego się obawiać, a także prowadzić plany misterne kiedy rzucam. I ze dwie kostki czekolady i kawy trochę może i wódki od czasu do czasu. I psa. A życie na prawdę bywa w porządku, bo choć dalej nie jestem jakoś mega-prze-wchuj szczęśliwa i dalej bywam bezwolna i jakaś taka ociężała, choć tyję jak kaszalot i ciągle muszę się uczyć historii to jakoś tak mi ostatnio lżej. Wiem czemu.
Ponadto ciekawam kiedy dojrzeję na tyle, żeby przestać sobie umilać nudne lekcje pisaniem rzeczy typu powyższego z tyłu zeszytu. Kurwa!
komentarze [2]
Davidoff. >> wtorek, 19 lutego 2008 16:53:52
Tariraraj i sytuacja nie zmieniła się ani o jotę pod żadnym względem, nudno, brzydko, leje kurwa, a do tego mało satysfakcjonująco i frustracja coraz większa z dnia na dzień. Absolutnie nic mi się nie chce, do niektórych rzeczy (z życiem na czele) się zmuszam szalenie, ale coraz mniej mi się chce i ani tak ani siak i nic absolutnie i żyć takoż w zasadzie nie bardzo. Dziś mam nawet pety, więc nie można zwalić na głód nikotynowy i fioletowy mój sweter jak również fioletowe czółenka w rozmaite fotografie - jakże modne zestawienie. Dziwne mam ostatnio stany umysłu dosyć, forma psychiczna też nie za bardzo do tego ogólna słabość organizmu i słoneczka brak i na prawdę nie wiem ile pociągnę jeszcze w tym stanie, kulka w łeb strasznie radykalna, ale zdecydowanie najprostsza, ale może jednak lepiej mieszkanko wyściełane pluszem od środka?
Raz tylko od dłuższego czasu udało mi się od tegoż wszystkiego oderwać w pełni na minut 240 może - bo nawet ja nie jestem w stanie jednocześnie zsuwać się ze ścianki z 270 stopni posiadającej najmniej (tak, wiem wtedy jechałabym pod górę, ale chuj z tym - lubię eskalować) z szybkością milion mil na sekundę, albo nawet na ułamek jej mikry i zamartwiać się czymkolwiek. I w zasadzie mogłabym tym jednym hormonem, który się wówczas wydziela, żywić i więcej do szczęścia nie trzeba mi nic. Wiem, wiem - późno zainaugurowałam w tym roku, ale lepiej późno niż później, tudzież nawet wcale, więc nie narzekam. I dobrze było kurwa, znakomicie nawet i na prawdę przez te kilka godzin byłam szczęśliwa, ale teraz, kiedy już wiatr mi włosów nie mierzwi tudzież nie targa to chujnia z grziiiibnią, nędza, bryndza i ogórek. I chuj.
Mam nowe hobby. Otóż snookera od kiedy tylko satelitę mi zamontowano oglądam i wkręcam się weń szalenie, do tego stopnia, że jak ostatnio oglądałam Welsh Open Final to w napięciu ogromnym, o żesz kurwa - kto by pomyślał, że bilard może być taki wciągający - jak czarna dziura niemalże.
Ponadto myślę, iż powinnam mieć bardziej makiawelistyczne podejście do życia, ludzi, świata takoż, jakkolwiek psychopatą nie jestem jeszcze, tak mi przynajmniej w tym hardkorowo zakręconym teście z serii "krótka opowieść i jedno pytanie, a mówi o tobie wszystko" wyszło.
EDIT:
Sciałam powiedzieć, iż się lansuję.
komentarze [12]
kumulacja. >> poniedziałek, 11 lutego 2008 19:20:27
Nie mam szczęścia w życiu niestety, nie miałam nigdy z resztą i pewnie nigdy mieć nie będę, bo z tym się człowiek rodzi albo nie, a ja znów pecha miałam tradycyjnie lub też mogło być i tak, że komuś zawiniłam w poprzednim życiu, względnie inkarnacji jakiejś pewnie jako wiewiórka zajebałam za dużo orzechów, albo jako lisek - kur. W każdym razie wszystko sprowadza się do pecha mojego ustawicznego, którego do tej pory starałam się traktować ze spokojem stoika, tudzież może nawet stolika, jakkolwiek teraz wołam basta i Rejtanim ruchem na ziemię się rzucam i koszulę rozdzieram. Od dziś drodzy moi cynikiem zostanę i w beczce zamieszkam i będę se tam kisić ogórki, coby jeszcze mniej słodko było, a na dokładkę cukinia i marchewka z groszkiem, nie wiem w zasadzie dlaczego takież akurat menu, ale nie jest to teraz istotne.
Od jakiegoś czasu czuję się jak mentalna dziwka. Bo jak się nudziło to można było po mnie zadzwonić zawsze, jak były problemy to wiernie niczym pies marki labrador i na zawołanie ciągle, empatycznie ale i realnie i byłam zawsze, czasem nie fizycznie, ale nie zależało to ode mnie. A później sytuacja niestety się zmieniła i skierowane zostało krótkie, radosne "spierdalaj" i kopem w dupę mi życie dało do zrozumienia, że chuja tam i nic się nie liczy, wszak to był "chory układ" tylko, jak również zakablowało mi, że kłamię ustawicznie, choć nie okłamałam jak do tej pory nigdy. I w zasadzie nie ma co liczyć na sprawiedliwość jakąkolwiek, tudzież podział łupów. Tadadadam, reklama, chwilowo z życia wyłączona i w oderwaniu całkowitym trwając ni nosa z domu nie wyściubiłam, nie wiem w zasadzie czemu. A po reklamie powrót do życia i na żurawiu wywlec się trzeba było i nagle - telefon i znowu dziwka potrzebna i och i ach i gryzienie się w język co słowo, żeby nie powiedzieć za dużo, ale później "jednak nie" i w momencie spadek o 100%, wszak kogo to obchodzi, że ja się martwię, nie? Ciekawsze są rozrywki na świecie niż odpisanie mi na esemesa.
No? To kto jeszcze chciałby mnie wyruchać emocjonalnie oraz mentalnie, a później z braku czasu tudzież kilku innych jeszcze rzeczy olać, no zapraszam!
Od dziś będę Królową Śniegu z soplem zamiast serca, a przynajmniej będę całkiem nieźle udawać, bo chyba wszyscy już zauważyli, że jak idiotka się wszystkim przejmuję i wszystko biorę dosłownie do siebie.
komentarze [14]
East West Rockers >> wtorek, 5 lutego 2008 16:05:59
Jakiż chujowy okres nastał ostatnio, szaro jest brzydko, nudno i źle, a nade wszystko szalenie depresyjnie i akurat dokładnie nie tak jak być powinno i w zasadzie raczej ulewa aniżeli suchy halny by pasowała, żeby zamknąć schemat i kompozycję i wszystko. Ale też chyba taka pora roku, bo jak sięgam pamięcią wstecz to w podobnym mniej więcej czasie tak samo się czułam, jakkolwiek wówczas w okolicach lutego już mi to mijało i zmiana za mną była i intensywnie niezwykle, bom w centrum bywała niczym platforma wiertnicza, lub też obywatelska. A to, że po raz pierwszy w życiu mogę zupełnie poważnie powiedzieć, żem anemicznej postury, bo nawet papier stosowny na tę okoliczność posiadam, takoż mi humoru nie poprawia, bo to nie jest w sumie wcale takie zajebiste jak ci bez przerwy słabo. A fakt, iż powrót do szkoły z uśmiechem przyjmujesz, chyba też świadczy o tym, żeś w formie raczej średniej, skoro ci za tą męczącą rutyną tak tęskno, skoro upatrujesz w niej jedyną szansę na to, by zwlec się z łózka co rano, bo inaczej motywacji nie masz niestety. I do tego ten nudny egzamin coraz bliżej i wszyscy poddenerwowani, często o wiele bardziej niż bezpośrednio zainteresowana, czyli było nie było w tym wypadku ja.
W całkowitym oderwaniu od rzeczywistości, bo z jednej strony niewyspana i ten haj jakby, a mimo wszystko był raz uśmiech od lat stu zdawałoby się pierwszy i tylko śmiech pusty w odpowiedzi na wszystkie moje wizje i inne tam takie. Koło krąg zatoczyło, a historia powtarzać się lubi, więc tenże banalny scenariusz już po raz wtóry moim jest udziałem, lecz teraz jeno zabawa mnie czeka i chuja tam, bo u mnie to tak zawsze, że jak laskę na czymś położę to zaraz zmiana o 180 stopni co najmniej następuje i jebut, wali się ład wiedeński, tudzież ewentualnie wersalski. W zasadzie nie potrzeba mi niczego więcej niż petów, szampana (bo mamy taką nową zajebistą zabawę - powrót do gówniarstwa) i świadomości, że, że, że i że...
komentarze [11]
__________________________________________________
Szablon sama se, Skellingtona wszędzie pełno - ten konkretny stąd.
Mój jest ten kawałek podłogi i chuj!